Moje podróże dalekie i bliskie. Piszę tylko o miejscach, które odwiedziłem: Karpaty, Pirin, Riła, Masywy Macedonii.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rumunia. góry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rumunia. góry. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 30 grudnia 2012
wtorek, 16 października 2012
Historia pod Pietrosem.
Niestety, aby wyjaśnić, choć pobieżnie gdzie
obecnie jesteśmy winniśmy poznać historię tych krain. Bez obawy- to będzie
tylko skrótów skrót. Wpierw uwaga techniczna: prawie na każdej z map czerwonym kółkiem
zaznaczone jest obecne położenie naszego namiotu. Oprócz pierwszej...
Dzień kolejny wielkich zmian następuje w roku
1920- dzień radości Rumunów i klęski Węgrów- Traktat z Trianon. Nie tylko Siedmiogród, ale Kriszana,
Maramuresz, Banat i Bukowina stają się częścią Rumuni. Ostatnia zmiana ma
miejsce podczas II wojny światowej- ZSRR zajmuje północną Bukowinę. Obecnie
jest to część Ukrainy.
W starożytności
mieszkali tu Dakowie, którzy po rzymskim podboju ulegli romanizacji. To właśnie
dlatego obecni Rumuni mogą dogadać się z Włochami tak jak my ze Słowakami. Władza Rzymian nie trwała długo -zagrożeni
przez hordy barbarzyńców wycofali się z obszarów na północ od Dunaju. Przez
niemal tysiąc lat wędrował przez te ziemie, kto tylko chciał- Hunowie,
Słowianie, Madziarowie, Pieczyngowie, Połowcy. Ostatni byli Tatarzy. Na trwale
osiadli tu Słowianie- stopniowo mieszający się z romańskimi Wołochami. Stąd w
obecnym rumuńskim, prawie 30% słów ma słowiańskie pochodzenie.
Obszary na
zachód od Karpat Wschodnich na wiele stuleci znalazły się w Królestwie
Węgierskim, podczas gdy tereny obecnej Mołdawii podlegały różnym wpływom. Po
wyparciu Tatarów na ziemiach mołdawskich osiedlają się Wołosi. Zarazem obszar
ten podlega władzy Węgier. W roku 1359 ma miejsce decydujące zdarzenie w
dziejach Mołdawii- wojewoda wołoskiego pochodzenia z węgierskiego Maramureszu
Bogdan Voivoda, buntuje się wobec króla. I podąża z rycerzami do północnej Mołdawii.
Po kilku latach walk opanowuje ją i stwarza podwaliny niezależnego księstwa-
Hospodarstwa Mołdawskiego. Na grzbietach Karpat utrwala się granica węgiersko -
mołdawska. Przez kilka stuleci mołdawscy władcy zręcznie lawirowali między
Węgrami, Rzeczpospolitą a Turcją.
Po bitwie
pod Mochaczem w roku 1526 Królestwo Węgierskie ulega podziałowi na trzy części:
austriacką, turecką i węgierski Siedmiogród będący tureckim lennem. To właśnie z niego pochodził nasz król Stefan
Batory. Nazwą częściej używaną w innych
językach jest dla tej krainy –Transylwania.
Tak to wyglądało aż do bitwy pod Wiedniem.
Po niej Siedmiogród stał się austriacki; niecałe
sto lat później do Austrii włączono także północną część Mołdawii nazwaną
Bukowiną. Wtedy też Austria zdobywa południowe ziemie Rzeczypospolitej W ten
sposób Karpaty na znacznej swej długości przestają być pasmem granicznym. W roku 1867 powstają Austro-Węgry. Siedmiogród-
oficjalnie nieistniejący( jak pamiętasz) - jest częścią Węgier, a Bukowina Austrii. W roku 1877 po zjednoczeniu Mołdawii i
Wołoszczyzny powstaje niepodległa zjednoczona Rumunia. Na północy sięga ona prawie tu gdzie teraz
jest nasz namiot.
Dzień kolejny wielkich zmian następuje w roku
1920- dzień radości Rumunów i klęski Węgrów- Traktat z Trianon. Nie tylko Siedmiogród, ale Kriszana,
Maramuresz, Banat i Bukowina stają się częścią Rumuni. Ostatnia zmiana ma
miejsce podczas II wojny światowej- ZSRR zajmuje północną Bukowinę. Obecnie
jest to część Ukrainy.
W jakim kraju znajdowałoby się miejsce naszego
popasu, gdybyśmy byli tu ponad 100 lat temu? Jesteśmy na wschodnich stokach Kelimenów,
w dolinie rzeki spływającej do Seretu płynącego przez Mołdawię. Jesteśmy w
Rumuni- rumuńskiej Mołdawii- czy Bukowinie? Otóż –nie! Namiot nasz spoczywa na
węgierskiej ziemi. Dlaczego granica nie biegnie tu przez najwyższe szczyty- nie
wiem? Może to pozostałość po podziałach własnościowych z dawnych czasów…
Miał być skrót- nie jakiś długas. Za dużo tej historii- powiedzą niektórzy. . Tak? Było o Polakach, Szwabach, Sasach, Lipowanach, Żydach, Hucułach, Rusinach, Szeklerach i Czangach? No właśnie- To był skrót.
Etykiety:
Austro - Węgry,
Austro-Węgry,
Bukowina,
historia,
history,
Karpaty,
Kelimeny,
Mołdawia,
Pietrosul,
Romania,
Rumunia,
Rumunia. góry,
Vatra Dornei,
Węgry
piątek, 5 października 2012
Siedmiogród, Transylwania, Bukowina- Rumunia czy Węgry?
Rano jednak nieco pada. Zniechęcony do wyjścia i przygotowania śniadania leżę w śpiworze, dumając nad dziejami okolic. Każdy kto tu wędruje zna nazwy: Siedmiogród, Transylwania, Bukowina, Mołdawia, że o Rumunii i Węgrzech nie wspomnę. Tu pod Pietrosem Kelimeńskim jest miejsce szczególne- pogranicze. Pogranicze?! Co on też pisze- pomyślisz- przecież to środek Rumunii, nieomal. Masz rację- teraz to Rumunia. Znajdź mapy sprzed stu lat...Co widzisz?
To Austro-Węgry. Niełatwo znaleźć miejsce gdzie teraz sobie leżę. To gdzieś prawie na granicy 2( Bukowiny) i 16 ( Węgier). Na południe od Bukowiny jest już Rumunia, a ściśle- jej część zwana Mołdawią. Właśnie w miejscu zetknięcia się Bukowiny, Węgier i Mołdawii rumuńskiej czekam na słońce... Gdzie słynna Transylwania, gdzie kraina wampirów- zapytasz z jękiem zawodu w głosie... Nie ma...;) Może poniższy tekst nieco ci to rozjaśni, a może przeciwnie? :D Przeczytaj go w oczekiwaniu na moje wyjaśnienia w kolejnym wpisie, bo jest tego wart.
SANDOR FRYDERYK ROSENFELD „WYKŁAD GEOGRAFII AUSTRO-WĘGIER”
Za czasów śp.
Nieboszczki Monarchii Naddunajskiej doszło kiedyś do rozruchów w Zagrzebiu.
Gazety rozpisywały się na ten temat zupełnie dowolnie, ale tylko od
niedzieli z rana do piątku wieczorem (bo w soboty wiedeńskim dziennikarzom
pisać nie wolno).
Odwiedził mnie
wówczas pewien pan z Niemiec i nic nie zrozumiał z całej tej pisaniny. Poprosił
więc mnie, abym mu wytłumaczył, o co tam właściwie w Zagrzebiu poszło. Tego po
prawdzie to i ja sam nie wiedziałem, ale byłem uczciwszy od żurnalistów i
otwarcie to przyznałem. - Jednakowoż na temat stanowiska Trójjednego
Królestwa Chorwacji-Sławonii-Dalmacji, w ogóle na temat konstrukcji
Monarchii Naddunajskiej wygłosiłem do pana z Niemiec stosowny wykład mający
rozwiać wszelkie jego wątpliwości i uzupełnić luki w posiadanych przezeń
wiadomościach.
- Austro-Węgry -
zacząłem - składają się z dwóch części: z historycznej monarchii posiadającej
reprezentację parlamentarną oraz z terenów najpierw okupowanych, a następnie
zaanektowanych. Przecież to proste, nieprawdaż?
- Tak - zgodził sie ze mną pan z
Niemiec.
No widzi pan! - Ta pierwsza część,
monarchia konstytucyjna, składa się znów z dwóch części…
Z Austrii i Węgier
- wpadł mi w słowo pan z Niemiec. - Nie. Z królestw i krajów
reprezentowanych w Radzie Cesarskiej oraz z krajów Korony Św. Stefana. -
Bardzo proste, nieprawdaż?… Co się zaś tyczy krajów Korony Św.
Stefana, to składają się one z dwóch części: z Węgier właściwych i
Chorwacji-Sławonii. (Mówiąc na marginesie, Węgry właściwe dzielą się
jeszcze na zupełnie właściwe Węgry i okręg Fiume, lub krócej: separatum sanctae
regis coronae adnexum corpus. - Ale to tylko detal, pozostańmy przy zasadniczym
temacie!) - Trójjedyne Królestwo Chorwacji-Sławonii-Dalmacji składa się znów -
dziwi to pana? - z dwóch części: jedna z nich istnieje naprawdę, a druga nie.
Ta druga nazywa się Dalmacja, a Dalmacja należy przecież do Austrii. Ale i ta
część, która istnieje, składa się jeszcze z dwóch części: Chorwacji i
Sławonii. Sławonii nie wolno co prawda wymieniać oficjalnie, bo nie istnieje z
prawnego punktu widzenia. - Tak samo sprawa przedstawia się z zupełnie z
Węgrami właściwymi. Składają się one z o wiele właściwszych jeszcze Węgier i
Siedmiogrodu, ale Siedmiogród nie istnieje pod względem
państwowo-prawnym. - Aż dotąd rzecz jest niezwykle jasna i przejrzysta.
Trudności zaczynają się piętrzyć, gdy dochodzimy do terytorium
administrowanego, niegdysiejszego obszaru okupacyjnego. Składa się ono
mianowicie z dwóch części, z których pierwsza została przez Austro-Węgry
zajęta, obsadzona własną administracją i w końcu zaanektowana, a druga, okręg
Nowibasar, najpierw została zajęta, a potem opuszczona. Ta pierwsza część składa
się jednak i tak z dwóch części, a to z Bośni i Hercegowiny. - Zaszliśmy więc
już dosyć daleko. Powróćmy zatem do królestw i krajów reprezentowanych w Radzie
Cesarskiej. Niech mi pan wierzy, albo nie - ale i one dzielą się na dwoje.
Pierwsza część rzeczywiście jest reprezentowana w Radzie - jakim sposobem? nie
miejsce na to tutaj - ale druga część nie ma tam reprezentacji, nazywa
się Morskie Oko, i ma mieć bardzo piękne położenie.
Po wysłuchaniu tego
wykładu pan z Niemiec uścisnął mi ciepło dłoń - a ja zadzwonić musiałem zaraz
po pogotowie. Facet ubzdurał sobie mianowicie, że składa się z dwóch części, z
których pierwsza okupowana jest przez Radę Cesarską, a druga nie istnieje
z prawno-państwowego punktu widzenia.
Tłum.Marek Zybura
Sandor Fryderyk Rosenfeld
(1872-1945) -jeden z najwybitniejszych satyryków w dziejach literatury niemieckiej, bardziej znany jako Aleksander Roda Roda,
pod którym to pseudonimem jego utwory ukazują się do dzisiaj.
Pierowdruk: „Stańczyk.Pismo konserwatystów i liberałów”, nr 2/3, 1991.
Etykiety:
Austro-Węgry,
Balkans,
Bukowina,
Caliman,
Doisprezece apostoli,
historia,
history,
Karpaty,
Kelimeny,
Mołdawia,
Pietrosul,
Romania,
Rumunia,
Rumunia. góry,
Trekking,
Vatra Dornei,
Węgry
poniedziałek, 19 marca 2012
Słonecznym szlakiem pod Pietrosa.
Wstajemy bardzo wcześnie. Tuż po wschodzie słońca. Jest 20 lipca 2011 roku. Po śniadaniu możemy od razu ruszyć w trasę gdyż wczoraj wszystko nam porządnie wyschło na kaloryferach. Jeszcze tylko wstępuję do cerkwi, aby zostawić datki za nasz nocleg w koszyku. Datki w koszyku- nie nocleg. Uznaliśmy, że po 20 lei będzie dobrze. W dole rozpościerają się mgły, ale góry wkoło pozwalają się podziwiać podczas wędrówki na Lucaciu.

Podejście łagodne, choć dość długie. Jak to bywa przy takich stokach oczekujemy, że szczyt jest tuż, tuż.
Jeszcze po drodze mijamy tablicę wskazującą bardzo bliskie źródło. Tym razem mamy sporo zapasów wody i nie korzystamy.
Wreszcie docieramy na dość połogi, lecz upstrzony skałkami grzbiet. Te skałki wulkanicznego pochodzenia to główna miejscowa atrakcja. Widzimy już najciekawszą ich grupę zwaną Doisprezece Apostoli- Dwunastu Apostołów.
Rzucamy pożegnalne spojrzenie na spoczywający w dole gościnny klasztor i wędrujemy do Apostołów.

Pogoda wymarzona- słonecznie i jeszcze nie za ciepło. Choć dość mocno wieje.
Zdobywamy te skałki, na które da się jakoś wdrapać.
Kamila upodobała sobie zwłaszcza jedną taką kształtną- niestety nie do zdobycia…;)
Po pół godzinie ruszamy i wkrótce jesteśmy przy skrzyżowaniu szlaków czerwonego i niebieskiego.
Powoli robi się gorąco- zwłaszcza rozgrzanej zdobywaniem ciekawej skałki Kamili.;)
Około 10.00 kolejny popas, tym razem, aby pić i jeść. Jest tu rozległa dość polana przed szczytem Pietrele Rosii- widzimy szałasy i …cud!- SĄ turyści!
Widać, że podeszli sobie na krótki wypadzik z wioski w dolinie. Około 11.30 żegnamy szlak niebieskiego krzyżyka schodzący w prawo w dół do Dornisoary. Po krótkiej wędrówce grzbietem widzimy, że przed nami wznosi się dość solidna skała i szczyt Tamaului- 1862.
Zastanawiamy się, czy szlak pójdzie w górę i z której strony minie skałę. Mijamy nieco z prawej. Przed nami obejście Tamaului- poprzez świerki, jałowce kluczymy po wyraźnej ścieżce. Ten rejon gór jest jednak uczęszczany.
Początkowo schodzimy dość nisko w prawo, aby powrócić potem niemal na grzbiet.
Podobnie obchodzimy wyższego Maierisa. Dzień jest ciepły nadal słoneczny, choć już po południu. Wstępuje w nasze serca nadzieja, że mokre dni zostały za nami. Niestety cumulusy poczynają rosnąć w górę. Przeszliśmy już naprawdę kawał drogi- Pietros niemal na wyciągnięcie ręki czeka na zdobywców… Szlak ponownie zmierza na grzbiet i wijąc się między skałkami prowadzi nas wreszcie na przełęcz nad doliną gdzie mamy planowany biwak.
Jeszcze tylko dość strome zejście i… pojawiły się problemy nawigacyjne- na mapie parku w necie oficjalny biwak jest za jeszcze jednym grzbiecikiem. Wygląda to jednak podejrzanie- Robert decyduje tu zostać. Dobrze, bo okazało się, że to jednak ma być tu- jest polana na lekko spadającym dnie doliny- Poiana Florilor- czy jakoś tak. Akurat ta nazwa mi umknęła. Wiadomo, o co chodzi- Kwiecista Polana. Nie ma jeszcze 16 gdy biwak niemal zbudowany.
Wykorzystujemy słońce i wodę ze strumienia, aby co nieco wyprać. Potem robimy ciepły posiłek- wreszcie! Niestety podczas obżarstwa przypomina o sobie deszcz… Kończymy posiłek w namiotach i dość wcześnie udajemy się na spoczynek. Przez całą noc, co pewien czas pada- o ile mi się to nie śniło.
Trasa
Podejście łagodne, choć dość długie. Jak to bywa przy takich stokach oczekujemy, że szczyt jest tuż, tuż.
Jeszcze po drodze mijamy tablicę wskazującą bardzo bliskie źródło. Tym razem mamy sporo zapasów wody i nie korzystamy.
Wreszcie docieramy na dość połogi, lecz upstrzony skałkami grzbiet. Te skałki wulkanicznego pochodzenia to główna miejscowa atrakcja. Widzimy już najciekawszą ich grupę zwaną Doisprezece Apostoli- Dwunastu Apostołów.
Rzucamy pożegnalne spojrzenie na spoczywający w dole gościnny klasztor i wędrujemy do Apostołów.
Wpierw nieco w dół między skałkami, potem lekko poniżej grzbietu. Do Apostołów docieramy około 8.00. Zabawiamy tu dłużej na fotosesje i lekki posiłek.
Pogoda wymarzona- słonecznie i jeszcze nie za ciepło. Choć dość mocno wieje.
Kamila upodobała sobie zwłaszcza jedną taką kształtną- niestety nie do zdobycia…;)
Po pół godzinie ruszamy i wkrótce jesteśmy przy skrzyżowaniu szlaków czerwonego i niebieskiego.
Powoli robi się gorąco- zwłaszcza rozgrzanej zdobywaniem ciekawej skałki Kamili.;)
Około 10.00 kolejny popas, tym razem, aby pić i jeść. Jest tu rozległa dość polana przed szczytem Pietrele Rosii- widzimy szałasy i …cud!- SĄ turyści!
Widać, że podeszli sobie na krótki wypadzik z wioski w dolinie. Około 11.30 żegnamy szlak niebieskiego krzyżyka schodzący w prawo w dół do Dornisoary. Po krótkiej wędrówce grzbietem widzimy, że przed nami wznosi się dość solidna skała i szczyt Tamaului- 1862.
Zastanawiamy się, czy szlak pójdzie w górę i z której strony minie skałę. Mijamy nieco z prawej. Przed nami obejście Tamaului- poprzez świerki, jałowce kluczymy po wyraźnej ścieżce. Ten rejon gór jest jednak uczęszczany.
Początkowo schodzimy dość nisko w prawo, aby powrócić potem niemal na grzbiet.
Podobnie obchodzimy wyższego Maierisa. Dzień jest ciepły nadal słoneczny, choć już po południu. Wstępuje w nasze serca nadzieja, że mokre dni zostały za nami. Niestety cumulusy poczynają rosnąć w górę. Przeszliśmy już naprawdę kawał drogi- Pietros niemal na wyciągnięcie ręki czeka na zdobywców… Szlak ponownie zmierza na grzbiet i wijąc się między skałkami prowadzi nas wreszcie na przełęcz nad doliną gdzie mamy planowany biwak.
Jeszcze tylko dość strome zejście i… pojawiły się problemy nawigacyjne- na mapie parku w necie oficjalny biwak jest za jeszcze jednym grzbiecikiem. Wygląda to jednak podejrzanie- Robert decyduje tu zostać. Dobrze, bo okazało się, że to jednak ma być tu- jest polana na lekko spadającym dnie doliny- Poiana Florilor- czy jakoś tak. Akurat ta nazwa mi umknęła. Wiadomo, o co chodzi- Kwiecista Polana. Nie ma jeszcze 16 gdy biwak niemal zbudowany.
Wykorzystujemy słońce i wodę ze strumienia, aby co nieco wyprać. Potem robimy ciepły posiłek- wreszcie! Niestety podczas obżarstwa przypomina o sobie deszcz… Kończymy posiłek w namiotach i dość wcześnie udajemy się na spoczynek. Przez całą noc, co pewien czas pada- o ile mi się to nie śniło.
Trasa
środa, 8 lutego 2012
Przygoda w klasztorze.
Zbliżaliśmy się do białych zabudowań klasztoru, mijając po
drodze ekologiczne inwestycje: wiatrak z prądnicą i jakieś wodne systemy-
studnie, oczyszczalnie? Tuż poniżej klasztoru mieliśmy nadzieje znaleźć płaski, równy teren. Niestety- wszędzie
zalegały spore kamienie i głazy. Wreszcie uznaliśmy, że pośród drzew będzie
dobrze. Wróciliśmy po nasze sprzęty, rozpoczęliśmy zakładanie obozu i… deszcz! Schroniliśmy
się w cerkwi. Gdy ponownie wyjrzało
słońce ujrzeliśmy wracającego skądś zakonnika. Robert poprosił go o wodę, a on- ku naszemu zaskoczeniu- nie
wskazał ani źródełka ani kranu, lecz zaprowadził do magazynu i wręczył cały sześciopak
„apa minerale”. Robert poszedł za ciosem i… po krótkiej rozmowie
jesteśmy prowadzeni na ”salony”. Tak! Tę noc spędzimy pod dachem, w luksusowych celach zakonników, a nie na
kamiennej łące! W dodatku DARMO!
Po pokazaniu nam pokojów zakonnik prowadzi nas do jadalni i
kuchni. Wskazuje na pokarmy i zachęca, aby
jeść co tylko tu widzimy.
Jeszcze nie
czas na kolację- wracamy po nasze „klamoty”. Mokre śpiwory rozwieszamy na
słońcu, brudne i mokre buty stawiamy na
schodach. Zagospodarowujemy pokoje. Ja z Robertem w jednym i Kamila w drugim.
Wreszcie zgłodniali robimy kolację korzystając głównie z naszych zapasów.
Wiadomo- co nie zjemy musimy dźwigać. Niemniej nieco chleba i sera klasztornego
w naszych brzuszkach wylądowało. Widok gazowych maszynek na stole mógł nieco
zadziwić zaglądających do jadalni co pewien czas mnichów, ale nie było tego po
nich widać.
Powoli się zmierzcha. Gdy już pozmywaliśmy dał
się słyszeć stukot kołatki. Zapewne jakoweś wieczorne nabożeństwo- idziemy! Ukołysani modlitwo-śpiewem( Dumnezeu…sfinti...slava
Si…czy mi się zdaje czy coś rozumiem?) niemal zasypiamy…
Wtem- szum, huk! Cóż to?!
Po chwili rozumiem- blaszany dach cerkwi wzmacnia uderzenia deszczu i odgłosy
grzmotów. Burza wróciła… Nasze śpiworki! Każdy górski wędrowiec wie czym jest
mokry śpiwór… Gdy deszcz zelżał, nie czekając na koniec długiego dość
nabożeństwa, wychodzimy. Cud! Śpiwory są suche! Wiatr niósł krople w
odpowiednim kierunku.
Czas na pranie i kąpiel. Jest co prawda środek lata, ale włączono dla
nas kaloryferki! Suszymy co tylko możemy.
Korytarz wygląda niezbyt klasztornie. ;) Nie będziemy musieli jutro rano
oczekiwać, aż słonko wysuszy nam ubrania co oznacza wczesne rozpoczęcie dalszej
wędrówki. Pietrosul czeka!
poniedziałek, 2 stycznia 2012
Kelimeny 2011

Dzień 4
Po zwinięciu obozu ruszamy w górę wzdłuż wyciągu orczykowego. Tam znajdujemy poszukiwany szlak niebieskiego trójkąta. Tuz pod szczytem Diecilor robimy krótki postój na podziwianie panoramy gór Suhard.
Od radiostacji wędrujemy niemal płasko lasem. Droga prowadzi omijając szczyty. Za Saua Zaurele szlak biegnie inaczej niż na mapie.
Gdzieś tam, na stoku w gęstym lesie dopada nas burza. Gdy
stoimy pod drzewami nagle błysło!
Huk aż nas ogłuszył. Widziałem błyskawicę 20
metrów od nas… Przestraszeni zbiegliśmy nieco niżej, zostawiając plecaki.
Byliśmy w szoku. Ochłonęliśmy po kilku minutach. Tak blisko…mało brakowało! Zmoknięci myślimy już tylko o miejscu na
dobry nocleg. Ładne płaskie miejsce czeka na nas na Polanie Spanzului. Pokonujemy
drewniane ogrodzenie i zakładamy biwak.
Dzień piąty
Budzi nas poranne słońce, co cieszy albowiem mokre ubrania czekają
na suszenie. Rozwieszamy gdzie się da. Cóż-
dziś wcześnie nie ruszymy- wpierw musi wyschnąć.
Pasterz wskazał nam źródło,
toteż skorzystaliśmy z porannego mycia i nabraliśmy wodę na śniadanie i drogę.
Ruszamy koło południa obawiając się burzy za 2-3 godziny. Czekał nas trudny odcinek- żadne przepaście, skały czy stromizny- płasko jak w Beskidach. Problemem był szlak biegnący inaczej niż na mapie, ginący na licznych wyrębach. W rejonie Buza Serbii biegł nie prosto w górę- jak jest na mapie Dimapu- lecz wkoło w prawo na Buza Serbii, aby stamtąd już iść prościutko grzbietem. Tu wreszcie pokonaliśmy „beskidzkie” wysokości – 1600m n.p.m. -to już coś.
Ku naszemu zadowoleniu
burza się dziś spóźniała. W rejonie
przełęczy przed Cerbulem planowaliśmy odpoczynek i..obiadek! J Gdy tam doszliśmy
zbierały się potężne chmury i silnie wiało od wschodu. Schroniliśmy się pod
porządna wiatą, aby nieco się posilić.Potem zostawiwszy plecaki udaliśmy się poszukiwaniu
dogodniejszego miejsca na biwak poniżej grzbietu. Nawet się nie spodziewaliśmy
jak suche, ciepłe i wygodne miejsce na „biwak” na nas czeka…
wtorek, 1 listopada 2011
Subskrybuj:
Posty (Atom)








