poniedziałek, 11 lipca 2011

Cernei wzywa!

Zapach zapachem, ale jakie widoki...przed oczyma jawi się nam ruina zamku Draculi...-Co?! Gościu coś łyknął i ma majaki?! Dracula w Waradynie? Toż to Kriszana a nie Transylwania- Tak macie rację. Gdybyście jednak wtedy zobaczyli to co my. "Gara in lucru" -dworzec kolejowy w remoncie- płoty, druty, brak przejścia, odpadający tynk... Nastrój grozy ;) Gdzieś z boku przycupnęła zastępcza kasa i tablica z rozkładami. Pociąg do Timisoary jest nam po drodze. Czas do jego odjazdu wypełniamy wymianą waluty w kantorze po drugiej stronie ulicy nieco w prawo. Potem obiadek w barze samoobsługowym- wtedy tanim- naprzeciw dworca. Uzupełniamy zapasy wody mineralnej( uff, ale upał!) i o 18. 40 opuszczamy miasto. Wkoło rozpościera się...Wielka Nizina Węgierska- płasko, nudno, żadnych upraw. Zasypiam, budzę się, ucinam drzemkę, patrzymy na mapę- daleko jeszcze do gór?!! Zapadam w senne marzenia o bezkresnych połoninach.
Budzę się w Timisoarze. 21.05. Przesiadka. 22.05- accelarat( pospieszny) do Bukaresztu przez Caransebes, Drobeta-Turnu-Severin. Miejsca rezerwowane, ale nasze już ktoś zajął. Siadamy gdzie wolne. Po godzinie wchodzą ci, którym my zajęliśmy...Usiedli naprzeciw. Podróż nam się dłużyła. Wiemy, że wkoło są góry, lecz nic nie widać. Słyszymy w oddali za nami odgłosy burzy. Ostatnią godzinę spędzamy na obserwowaniu każdej stacji porównując nazwy z mapą. Pociąg się spóźnia. W każdej chwili może być nasze Baile. Przygotowani w korytarzu do wyjścia niecierpliwie wyglądamy. Wreszcie pociąg po raz kolejny zwalnia, jakaś stacyjka... Baile Herculane. To tu -wychodzimy! Uff! 1.50- koniec męki. Wahamy się czy iść po nocy. Po chwili burza rozstrzygnęła za nas- rozkładamy się na dworcowych ławkach. Tak zastał nas świt. Po posiłku ruszamy w głąb doliny Cernei. ( dalszy ciąg tej przygody na nowym blogu tutajj)