czwartek, 30 czerwca 2011

W stronę granicy!



Spokojnie rozglądamy się wokół. Jest! Po drugiej stronie ulicy wielce obiecujący napis: Hajduszoboszlo Autobuszallomas! Autobus! Jest czym jechać dalej! I...pojechaliśmy, ale nie tak daleko jak chcieliśmy. Nic stąd nie jeździ do Waradynu( Oradei) w Rumuni. Znaczy jeździć to i jeździ, ale nie w soboty... Wpadamy na pomysł sprawdzenia możliwości jazdy z większego miasta czyli Debreczyna. Co prawda nieco się cofniemy na północny-wschód, ale to nie problem. Jest autobus to jedziemy. Na miejscu czekała nas piesza wyprawa(  ;)) między busowym allomaszem a allomaszem  "kolei żelaznej"- jak to się drzewiej w Polsce nazywało. Po długich medytacjach nad mapami i rozkładami jazdy dochodzimy do wniosku, że inne przejścia graniczne nie wchodzą w grę poza Biharkeresztes. Tym sposobem- jak widać na mapie- przyszło nam ponownie pohajduszoboszlować. Przejeżdżamy pociągiem przez to miasto-kurort. Przesiadka w Puspokladany. Ostry zakręt linii kolejowej w lewo, jak po ramionach trójkąta sprawia, że ponownie mamy wrażenie cofania. Ale to tylko złudzenie-dość ciekawym szynobusem zdążamy na wschód! Konduktor- jak na Węgra przystało- gada tylko po ichniemu: "bajosz , rajosz, iszkuntarusz bus Berrety ujufulu, Biharkeresztes"! -Tak! Tak- my do Bihar-cuś-tam. Zadowoleni z "dialogu" niemal przysypiamy w popołudniowym upale. Płasko, nudno, monotonnie, lepko, duszno, tak spokojnie , kołysząco i wygodnie... Budzi nas ruch! Wszyscy wysiadają?! Ale to nie nasze Bihar... Sylabizujemy: Be-re-ttyo-ujfalu... A! To te berety.  Konduktor na nas macha- czas wychodzić. Pokazuje dokąd iść - opuszczamy dworzec aby...tak, teraz do nas dociera-wszak mówił "wyraźnie": BUS!:) Po półgodzinnej jeździe po asfalcie wreszcie Biharkeresztes Vasutallomas! :) Nasze "kultowe" miejsce. Jego sława sięga poza Europę. A to za sprawą pewnej podróżującej samotnie po Starym Kontynencie Amerykanki...