środa, 8 lutego 2012

Przygoda w klasztorze.



Zbliżaliśmy się do białych zabudowań klasztoru, mijając po drodze ekologiczne inwestycje: wiatrak z prądnicą i jakieś wodne systemy- studnie, oczyszczalnie? Tuż poniżej klasztoru mieliśmy nadzieje znaleźć  płaski, równy teren. Niestety- wszędzie zalegały spore kamienie i głazy. Wreszcie uznaliśmy, że pośród drzew będzie dobrze. Wróciliśmy po nasze sprzęty, rozpoczęliśmy zakładanie obozu i… deszcz! Schroniliśmy się w cerkwi.  Gdy ponownie wyjrzało słońce ujrzeliśmy wracającego skądś zakonnika. Robert  poprosił  go o wodę, a on- ku naszemu zaskoczeniu- nie wskazał ani źródełka ani kranu, lecz zaprowadził do magazynu i wręczył cały sześciopak  „apa minerale”.  Robert poszedł za ciosem i… po krótkiej rozmowie jesteśmy prowadzeni na ”salony”. Tak! Tę noc spędzimy pod dachem, w  luksusowych celach zakonników, a nie na kamiennej łące! W dodatku DARMO!

Po pokazaniu nam pokojów zakonnik prowadzi nas do jadalni i kuchni.  Wskazuje na pokarmy i zachęca, aby jeść co tylko tu widzimy.  


Jeszcze nie czas na kolację- wracamy po nasze „klamoty”. Mokre śpiwory rozwieszamy na słońcu, brudne  i mokre buty stawiamy na schodach. Zagospodarowujemy pokoje. Ja z Robertem w jednym i Kamila w drugim. Wreszcie zgłodniali robimy kolację korzystając głównie z naszych zapasów. Wiadomo- co nie zjemy musimy dźwigać. Niemniej nieco chleba i sera klasztornego w naszych brzuszkach wylądowało. Widok gazowych maszynek na stole mógł nieco zadziwić zaglądających do jadalni co pewien czas mnichów, ale nie było tego po nich widać.

 Powoli się zmierzcha. Gdy już pozmywaliśmy dał się słyszeć stukot kołatki. Zapewne jakoweś wieczorne nabożeństwo- idziemy!  Ukołysani modlitwo-śpiewem( Dumnezeu…sfinti...slava Si…czy mi się zdaje czy coś rozumiem?) niemal zasypiamy… 

Wtem- szum, huk! Cóż to?! Po chwili rozumiem- blaszany dach cerkwi  wzmacnia uderzenia deszczu i odgłosy grzmotów. Burza wróciła… Nasze śpiworki! Każdy górski wędrowiec wie czym jest mokry śpiwór… Gdy deszcz zelżał, nie czekając na koniec długiego dość nabożeństwa, wychodzimy. Cud! Śpiwory są suche! Wiatr niósł krople w odpowiednim kierunku.
 Czas na pranie i kąpiel.  Jest co prawda środek lata, ale włączono dla nas kaloryferki! Suszymy co tylko możemy.  Korytarz wygląda niezbyt klasztornie. ;) Nie będziemy musieli jutro rano oczekiwać, aż słonko wysuszy nam ubrania co oznacza wczesne rozpoczęcie dalszej wędrówki. Pietrosul czeka!